Zapraszam do picasowej galerii - duuuużo tam zdjęć piesów i wyłapanych ciekawych krajobrazów - z natury oraz miejskich.
https://plus.google.com/photos/106288943405617496602/albums/5940669208864911857?banner=pwa
Translate
30.10.13
28.10.13
Jak to swój na swojego trafił
Pewnej niedzieli jadę sobie z mojej chaty do Koszalina. Jestem umówiona, że po drodze zgarnę do auta Kastora - porzuconego dziadunia boksera, którego fundacja "Boksery w Potrzebie" brała pod swoje skrzydła. Pies podróżował tzw. okazją.
Jadę sobie, jadę i widzę, jak wyrzucają psa z auta. Psina przerażona biega po jezdni... Oczywiście zatrzymałam się, szybka akcja, na szczęście sucz okazała się bardzo przyjazna i nie bała się podejść. Chcę ją załadować do auta, a tu - ZAMKNIĘTE. Wszystkie drzwi zablokowane.
Droga, wprawdzie mocno uczęszczana, ale las, zimno, popaduje, ja w bezrękawniku - w aucie moje cztery psy! telefon, dokumenty, CB też w aucie, oczywiście - all... A ja na jezdni z czarną suczką - która od razu otrzymała imię PRZYGODA.
Co robić?
Zatrzymuję auta. Nic. Nic. Nic i nic. W końcu - staje, moja nadzieja - mercedes! Warszawska rejestracja (a nie mam dobrego zdania o warszawskich kierowcach...). Wewnątrz - bardzo mili Państwo, dwa yoreczki i kotka!
Swój swojego znajdzie!
Państwo jechali na wczasy, poświęcili ok. 1,5 godz, aby mi pomóc!
Największe zmartwienie - Kastor. Przecież facet, który go wiezie pomyśli, że zrobiliśmy go w... a numer telefonu do niego - oczywiście w aucie i do wszystkich innych znajomych, którzy mogli by pomóc. Cóż, główka pracuje, adrenalinka pomaga! Policja - oni nie pomogą, ale skoro mają dostęp do internetu mogą sprawdzić nr tel do schroniska w Szczecinku. Na szczęście kierowniczka schroniska - p. Danuta Kadela - odebrała telefon i znała numer do owego pana od transportu Kastora, bo była to wspólna akcja. Dostałam nr tel do kolegi, który umie otwierać "po złodziejsku", zostałam przez telefon pouczona o tym, co trzeba i jak zrobić, ale narzędzi brak... (chyba trzeba wysiadać z auta z drutem i klinem w kieszeni...).
Podjechaliśmy do wioski, w której znałam stolarza (do merca zmieściłam się jeszcze ja i Przygoda) - on wskazał mi adres, pod który miałam udać się po pomoc. Dobry adres - Pan przejął się moim losem i wyruszył mi na ratunek - wraz z polarem od żony (za co kobitkę do dziś błogosławię!).
Udało się wsadzić drut, pociągnąć za klamkę, a jakże, tyle, że drzwi się nie odblokowały! No i wyszło szydło z worka. Od początku myślałam, że to awaria elektroniki (drzwi, po moim wyjściu z auta nie miały prawa się zablokować), a tu niespodzianka - wtedy uświadomiłam sobie, co się stało. Otóż któraś z moich małych suczek musiała stanąć łapką na przycisk do blokowania drzwi (w podłokietniku drzwi od strony kierowcy). Tak więc powtórzyliśmy akcję od właściwych drzwi, naciskając feralny przycisk tym, niezbędnym w wyposażeniu kieszeni, drutem - i od tej pory byłam wolna!
Ale to nie koniec całej przygody.
Mili Państwo, wracając, odwiedzili mnie w chacie. Gościłam właśnie przyjaciół, okazało się, że w Warszawie są prawie sąsiadami. Do tego, w tym właśnie dniu, moja przyjaciółka prowadziła szkolenie w schronisku w Szczecinku, a ponieważ jest w Warszawy, zabrała się z Państwem do domu. Tak to ludzie łączą się w pęczki. Gadaliśmy długo, siedząc na tarasie, zajadając swojski chleb ze smalcem i ze swojskimi ogórkami małosolnymi - okazało się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego!
Ale i to nie koniec przygody...
We "mojej" wiosce oglądamy z przyjaciółmi dom, który jest na sprzedaż. Zatrzymuje się przy nas mój wybawca (ten od otwierania auta drutem i klinem) - okazuje się, że dom pokazuje nam jego żona - moja polarowa ratowniczka - a sprzedaje dom jago córka. Potem wizyta u mnie w chacie i znów okazuje się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego, bardzo wiele. I musimy się spotkać znów i znów, i znów.
Nadal nie koniec przygody...
Kiedy już czas był wyjeżdżać z chaty, ponieważ dla Przygody miałam już domek - nasza ukochana podopieczna zablokowała się w izbie. A tam stare, bardzo stare zamki. Drzwi nie można nawet wyważyć, okno zamknięte (wybić?). Na szczęście w drzwiach była mała szybka, którą udało się wyjąć i sięgnąć do zablokowanego zamka (obluzował się - nie wiem, jak to się nazywa...).
Przygoda ma już swoją nową rodzinę, swoich ludzi, którzy bardzo ją kochają, a ona ich - tak, jak tylko psie serce potrafi!
Jadę sobie, jadę i widzę, jak wyrzucają psa z auta. Psina przerażona biega po jezdni... Oczywiście zatrzymałam się, szybka akcja, na szczęście sucz okazała się bardzo przyjazna i nie bała się podejść. Chcę ją załadować do auta, a tu - ZAMKNIĘTE. Wszystkie drzwi zablokowane.
Droga, wprawdzie mocno uczęszczana, ale las, zimno, popaduje, ja w bezrękawniku - w aucie moje cztery psy! telefon, dokumenty, CB też w aucie, oczywiście - all... A ja na jezdni z czarną suczką - która od razu otrzymała imię PRZYGODA.
Co robić?
Zatrzymuję auta. Nic. Nic. Nic i nic. W końcu - staje, moja nadzieja - mercedes! Warszawska rejestracja (a nie mam dobrego zdania o warszawskich kierowcach...). Wewnątrz - bardzo mili Państwo, dwa yoreczki i kotka!
Swój swojego znajdzie!
Państwo jechali na wczasy, poświęcili ok. 1,5 godz, aby mi pomóc!
Największe zmartwienie - Kastor. Przecież facet, który go wiezie pomyśli, że zrobiliśmy go w... a numer telefonu do niego - oczywiście w aucie i do wszystkich innych znajomych, którzy mogli by pomóc. Cóż, główka pracuje, adrenalinka pomaga! Policja - oni nie pomogą, ale skoro mają dostęp do internetu mogą sprawdzić nr tel do schroniska w Szczecinku. Na szczęście kierowniczka schroniska - p. Danuta Kadela - odebrała telefon i znała numer do owego pana od transportu Kastora, bo była to wspólna akcja. Dostałam nr tel do kolegi, który umie otwierać "po złodziejsku", zostałam przez telefon pouczona o tym, co trzeba i jak zrobić, ale narzędzi brak... (chyba trzeba wysiadać z auta z drutem i klinem w kieszeni...).
Podjechaliśmy do wioski, w której znałam stolarza (do merca zmieściłam się jeszcze ja i Przygoda) - on wskazał mi adres, pod który miałam udać się po pomoc. Dobry adres - Pan przejął się moim losem i wyruszył mi na ratunek - wraz z polarem od żony (za co kobitkę do dziś błogosławię!).
Udało się wsadzić drut, pociągnąć za klamkę, a jakże, tyle, że drzwi się nie odblokowały! No i wyszło szydło z worka. Od początku myślałam, że to awaria elektroniki (drzwi, po moim wyjściu z auta nie miały prawa się zablokować), a tu niespodzianka - wtedy uświadomiłam sobie, co się stało. Otóż któraś z moich małych suczek musiała stanąć łapką na przycisk do blokowania drzwi (w podłokietniku drzwi od strony kierowcy). Tak więc powtórzyliśmy akcję od właściwych drzwi, naciskając feralny przycisk tym, niezbędnym w wyposażeniu kieszeni, drutem - i od tej pory byłam wolna!
Ale to nie koniec całej przygody.
Mili Państwo, wracając, odwiedzili mnie w chacie. Gościłam właśnie przyjaciół, okazało się, że w Warszawie są prawie sąsiadami. Do tego, w tym właśnie dniu, moja przyjaciółka prowadziła szkolenie w schronisku w Szczecinku, a ponieważ jest w Warszawy, zabrała się z Państwem do domu. Tak to ludzie łączą się w pęczki. Gadaliśmy długo, siedząc na tarasie, zajadając swojski chleb ze smalcem i ze swojskimi ogórkami małosolnymi - okazało się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego!
Ale i to nie koniec przygody...
We "mojej" wiosce oglądamy z przyjaciółmi dom, który jest na sprzedaż. Zatrzymuje się przy nas mój wybawca (ten od otwierania auta drutem i klinem) - okazuje się, że dom pokazuje nam jego żona - moja polarowa ratowniczka - a sprzedaje dom jago córka. Potem wizyta u mnie w chacie i znów okazuje się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego, bardzo wiele. I musimy się spotkać znów i znów, i znów.
Nadal nie koniec przygody...
Kiedy już czas był wyjeżdżać z chaty, ponieważ dla Przygody miałam już domek - nasza ukochana podopieczna zablokowała się w izbie. A tam stare, bardzo stare zamki. Drzwi nie można nawet wyważyć, okno zamknięte (wybić?). Na szczęście w drzwiach była mała szybka, którą udało się wyjąć i sięgnąć do zablokowanego zamka (obluzował się - nie wiem, jak to się nazywa...).
Przygoda ma już swoją nową rodzinę, swoich ludzi, którzy bardzo ją kochają, a ona ich - tak, jak tylko psie serce potrafi!
27.10.13
Wychowywanie szczeniaka z rasy bulli...
Po pierwsze dobrze jest mieć odpowiednią, już wychowaną, sforę. Ja mam! Boksery - Wuj Chopper, ciotka Miła, czyli zdzira oraz dwie kundeleczki, przekonane o swojej wartości - Pysia i Lesia.
Astka - szczeniaka amstafa - nauczyły inhibicji ugryzień w jeden dzień. Kolejnego dnia bawił się już z miotem jamników - i żadne z nich nie zostało uszkodzone!
Ale, ale - nie spuszczajcie szczeniaka bulli z oczu... wystarczy 5 minut i zapomnijcie o swoich nowych butach. Cały czas trzeba mieć na oku te gryzonie i pod ręką coś, co można im wymieniać: nogi pianina na plastikową butelkę, aparat fotograficzny na bukową gałąź... Uczymy, przy okazji, co im gryźć wolno, a czego nie. Takie dostosowanie - trudne dla psa - do naszych ludzkich upodobań.
Tyle na dziś.
Prążka - gdzie poszłaś? co tam gryziesz...
Jeszcze jedno - pozwalamy szczeniakom gryźć nasze dłonie! W chwili, kiedy już troszkę zaboli - mówimy grobowym głosem FEe. Szczenię uczy się, dzięki temu, inhibicji ugryzienia. Dowiaduje się kiedy odpuścić w przypadku człowieka. Nie ma innego sposobu na nauczenie się tej, jakże praktycznej umiejętności, jak ćwiczenie na żywym organizmie, który czuje i może nam powiedzieć, że przesadziliśmy. Nie wystarczy, że szczenię uczy się z innymi szczeniakami, z dorosłymi psami (zabawa w zagryzanie, kiedy są z nami szczeniaki bulli, zajmuje sforze 70% czasu) - psy inaczej odczuwają ból (mają często gęstą sierść -czego my, oczywiście, nie posiadamy..., a jeśli są to np. boksery, które mają bardzo wysoki próg odczuwania bólu, to nasze szczenię będzie gryzło mocniej, niż chcemy je nauczyć).
Dodam jeszcze, że nie pozwalam szczeniakowi podgryzać dzieci - wolę, kiedy od początku wiedzą, że dziecka się nie tyka. Fee i zaraz coś w zamian do gryzienia. Naukę inhibicji na swoich dłoniach robię w sposób zaplanowany - to ja zapraszam szczeniaka do tej zabawy i ja ją kończę. To jednak niezbędne dopowiedzenia do tematu.
Dziś moja Prążka - zajęło to zaledwie kilka sekund - upolowała gołębia. Był całkiem daleko, ale i tak nie zdążył odlecieć (być może był chory...). W każdym razie oddała zdobycz. Trafił mi się w sforze trzeci pies polujący - o udręko!
Astka - szczeniaka amstafa - nauczyły inhibicji ugryzień w jeden dzień. Kolejnego dnia bawił się już z miotem jamników - i żadne z nich nie zostało uszkodzone!
Ale, ale - nie spuszczajcie szczeniaka bulli z oczu... wystarczy 5 minut i zapomnijcie o swoich nowych butach. Cały czas trzeba mieć na oku te gryzonie i pod ręką coś, co można im wymieniać: nogi pianina na plastikową butelkę, aparat fotograficzny na bukową gałąź... Uczymy, przy okazji, co im gryźć wolno, a czego nie. Takie dostosowanie - trudne dla psa - do naszych ludzkich upodobań.
Tyle na dziś.
Prążka - gdzie poszłaś? co tam gryziesz...
Jeszcze jedno - pozwalamy szczeniakom gryźć nasze dłonie! W chwili, kiedy już troszkę zaboli - mówimy grobowym głosem FEe. Szczenię uczy się, dzięki temu, inhibicji ugryzienia. Dowiaduje się kiedy odpuścić w przypadku człowieka. Nie ma innego sposobu na nauczenie się tej, jakże praktycznej umiejętności, jak ćwiczenie na żywym organizmie, który czuje i może nam powiedzieć, że przesadziliśmy. Nie wystarczy, że szczenię uczy się z innymi szczeniakami, z dorosłymi psami (zabawa w zagryzanie, kiedy są z nami szczeniaki bulli, zajmuje sforze 70% czasu) - psy inaczej odczuwają ból (mają często gęstą sierść -czego my, oczywiście, nie posiadamy..., a jeśli są to np. boksery, które mają bardzo wysoki próg odczuwania bólu, to nasze szczenię będzie gryzło mocniej, niż chcemy je nauczyć).
Dodam jeszcze, że nie pozwalam szczeniakowi podgryzać dzieci - wolę, kiedy od początku wiedzą, że dziecka się nie tyka. Fee i zaraz coś w zamian do gryzienia. Naukę inhibicji na swoich dłoniach robię w sposób zaplanowany - to ja zapraszam szczeniaka do tej zabawy i ja ją kończę. To jednak niezbędne dopowiedzenia do tematu.
Dziś moja Prążka - zajęło to zaledwie kilka sekund - upolowała gołębia. Był całkiem daleko, ale i tak nie zdążył odlecieć (być może był chory...). W każdym razie oddała zdobycz. Trafił mi się w sforze trzeci pies polujący - o udręko!
26.10.13
Zaczynam
Zaczynam, uczę się... idzie mi powoli...
Ale na dobry początek filmik zrobiony przez koleżankę z mojej chaty, z moich chaszczy... podkładu muzycznego nie potrzeba - 4 minuty słuchania śpiewu wiosennych ptaków - i ta kukułka...
https://www.youtube.com/watch?v=TVfMnJ0iB98
Ale na dobry początek filmik zrobiony przez koleżankę z mojej chaty, z moich chaszczy... podkładu muzycznego nie potrzeba - 4 minuty słuchania śpiewu wiosennych ptaków - i ta kukułka...
https://www.youtube.com/watch?v=TVfMnJ0iB98
Subskrybuj:
Posty (Atom)