Translate

28.10.13

Jak to swój na swojego trafił

Pewnej niedzieli jadę sobie z mojej chaty do Koszalina. Jestem umówiona, że po drodze zgarnę do auta Kastora - porzuconego dziadunia boksera, którego fundacja "Boksery w Potrzebie" brała pod swoje skrzydła. Pies podróżował tzw. okazją.
Jadę sobie, jadę i widzę, jak wyrzucają psa z auta. Psina przerażona biega po jezdni... Oczywiście zatrzymałam się, szybka akcja, na szczęście sucz okazała się bardzo przyjazna i nie bała się podejść. Chcę ją załadować do auta, a tu - ZAMKNIĘTE. Wszystkie drzwi zablokowane.
Droga, wprawdzie mocno uczęszczana, ale las, zimno, popaduje, ja w bezrękawniku - w aucie moje cztery psy! telefon, dokumenty, CB też w aucie, oczywiście - all... A ja na jezdni z czarną suczką - która od razu otrzymała imię PRZYGODA.
Co robić?
Zatrzymuję auta. Nic. Nic. Nic i nic. W końcu - staje, moja nadzieja - mercedes! Warszawska rejestracja (a nie mam dobrego zdania o warszawskich kierowcach...). Wewnątrz - bardzo mili Państwo, dwa yoreczki i kotka!
Swój swojego znajdzie!
Państwo jechali na wczasy, poświęcili ok. 1,5 godz, aby mi pomóc!
Największe zmartwienie - Kastor. Przecież facet, który go wiezie pomyśli, że zrobiliśmy go w... a numer telefonu do niego - oczywiście w aucie i do wszystkich innych znajomych, którzy mogli by pomóc. Cóż, główka pracuje, adrenalinka pomaga! Policja - oni nie pomogą, ale skoro mają dostęp do internetu mogą sprawdzić nr tel do schroniska w Szczecinku. Na szczęście kierowniczka schroniska - p. Danuta Kadela - odebrała telefon i znała numer do owego pana od transportu Kastora, bo była to wspólna akcja. Dostałam nr tel do kolegi, który umie otwierać "po złodziejsku", zostałam przez telefon pouczona o tym, co trzeba i jak zrobić, ale narzędzi brak... (chyba trzeba wysiadać z auta z drutem i klinem w kieszeni...).
Podjechaliśmy do wioski, w której znałam stolarza (do merca zmieściłam się jeszcze ja i Przygoda) - on wskazał mi adres, pod który miałam udać się po pomoc. Dobry adres - Pan przejął się moim losem i wyruszył mi na ratunek - wraz z polarem od żony (za co kobitkę do dziś błogosławię!).
Udało się wsadzić drut, pociągnąć za klamkę, a jakże, tyle, że drzwi się nie odblokowały! No i wyszło szydło z worka. Od początku myślałam, że to awaria elektroniki (drzwi, po moim wyjściu z auta nie miały prawa się zablokować), a tu niespodzianka - wtedy uświadomiłam sobie, co się stało. Otóż któraś z moich małych suczek musiała stanąć łapką na przycisk do blokowania drzwi (w podłokietniku drzwi od strony kierowcy). Tak więc powtórzyliśmy akcję od właściwych drzwi, naciskając feralny przycisk tym, niezbędnym w wyposażeniu kieszeni, drutem - i od tej pory byłam wolna!
Ale to nie koniec całej przygody.
Mili Państwo, wracając, odwiedzili mnie w chacie. Gościłam właśnie przyjaciół, okazało się, że w Warszawie są prawie sąsiadami. Do tego, w tym właśnie dniu, moja przyjaciółka prowadziła szkolenie w schronisku w Szczecinku, a ponieważ jest w Warszawy, zabrała się z Państwem do domu. Tak to ludzie łączą się w pęczki. Gadaliśmy długo, siedząc na tarasie, zajadając swojski chleb ze smalcem i ze swojskimi ogórkami małosolnymi - okazało się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego!
Ale i to nie koniec przygody...
We "mojej" wiosce oglądamy z przyjaciółmi dom, który jest na sprzedaż. Zatrzymuje się przy nas mój wybawca (ten od otwierania auta drutem i klinem) - okazuje się, że dom pokazuje nam jego żona - moja polarowa ratowniczka - a sprzedaje dom jago córka. Potem wizyta u mnie w chacie i znów okazuje się, że wszyscy mamy z sobą wiele wspólnego, bardzo wiele. I musimy się spotkać znów i znów, i znów.
Nadal nie koniec przygody...
Kiedy już czas był wyjeżdżać z chaty, ponieważ dla Przygody miałam już domek - nasza ukochana podopieczna zablokowała się w izbie. A tam stare, bardzo stare zamki. Drzwi nie można nawet wyważyć, okno zamknięte (wybić?). Na szczęście w drzwiach była mała szybka, którą udało się wyjąć i sięgnąć do zablokowanego zamka (obluzował się - nie wiem, jak to się nazywa...).
Przygoda ma już swoją nową rodzinę, swoich ludzi, którzy bardzo ją kochają, a ona ich - tak, jak tylko psie serce potrafi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz